Twórcze w relacji

Książka, od której wszystko się zaczęło

Książka, od której wszystko się zaczęło

Książka, od której wszystko się zaczęło

Odkąd w pierwszej klasie szkoły podstawowej w końcu nauczyłam się czytać, poznaję świat i najchętniej uczę się z książek.  Myślę sobie, że ten kto pierwszy powiedział (a po którym teraz inni powtarzają), że z książek nie da się nauczyć życia, nie trafił po prostu na te właściwe.  Projekt „Mama i Córka- Twórcze w relacji” zrodził się nie tyle z moich doświadczeń straty, żałoby i budowania życia mimo lęku, ile z odkrycia, że te doświadczenia dzielę z mnóstwem innych kobiet. A to odkrycie było możliwe dzięki Opowieściom, które znalazłam, między innymi, w książkach. Będę tutaj o nich pisać. Dziś trochę o tej, od której w pewnym sensie wszystko się zaczęło.

Kiedy kilka lat temu przechodziłam przez poważny osobisty kryzys i próbowałam najpierw w ogóle dociec jego przyczyn i znaleźć światło, które by mi rozjaśniło mrok jaki mnie oblepiał, podczas jednej z wizyt w bibliotece miejskiej znalazłam książkę, której tytuł brzmiał jak bardzo skondensowany, ale pełny opis tego, kim się czułam. To była książka Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty Hope Edelman*.

 

 

Rzuciłam się do jej lektury z zachłannością kogoś, kto bardzo długo głodował. Już sam Wstęp i Listy od czytelniczek sprawiły, że poczułam, że oto znalazłam klucze do czegoś we mnie, co było dotąd zamknięte, do czego nie miałam dostępu, a co powodowało, że co jakiś czas, bez względu na to, ile dobrego mnie w życiu spotykało, ogarniał mnie gęsty, głęboki smutek. Pozwól, że zamiast parafrazować, przytoczę dłuższy fragment ze Wstępu, w którym Hope Edelman dzieli się swoją historią i przyczyną, dla której jej książka powstała:

Gdy miałam siedemnaście lat, moja matka zmarła na raka piersi. (…) Gdy po pogrzebie wszyscy rozjechali się do domów, pojechałam do biblioteki. Zawsze lubiłam czytać. Ponieważ w 1981 roku w moim mieście nie było żadnej grupy wsparcia ani ośrodka terapii dla nastolatków przeżywających żałobę, najlepszą pomocą dla mnie wydawały się książki. Potrzebowałam informacji. Chciałam wiedzieć, co się czuje, gdy mając siedemnaście lat traci się matkę. Chciałam wskazówek, co o tym myśleć, jak o tym rozmawiać, co opowiadać. Chciałam wiedzieć, czy kiedykolwiek jeszcze coś sprawi, że będę szczęśliwa.

Nie znalazłam takiej książki- ani w tamtym roku, ani w następnym, ani w trakcie późniejszych poszukiwań w księgarniach, uniwersyteckich bibliotekach i komputerowych bazach danych na terenie czterech stanów, w których mieszkałam.(…) Nie miałam pojęcia, że oprócz mnie i siostry również tysiące innych dziewczyn było w podobnej sytuacji. Sądziłam, że przydarzyło się nam coś tak nietypowego (…), że najwidoczniej nie warto było o tym pisać.

Później (…) mój chłopak przyniósł mi artykuł z „Chicago Tribune”. Jego autorka, znana felietonistka Anna Quindlen, napisała: „Moja matka umarła, gdy miałam dziewiętnaście lat. Przez długi czas było to wszystko, co można było o mnie powiedzieć, jakby była to plakietka z nazwiskiem opisująca moją konstytucję emocjonalną: <<Spotkajmy się za dziesięć minut w holu- mam długie, brązowe włosy, jestem raczej niewysoka, rozpoznasz mnie po czerwonej kurtce. Aha, moja mama umarła, gdy miałam dziewiętnaście lat>>.” Jadąc po południu kolejką do pracy (…) przeczytałam ten tekst cztery razy, a potem nosiłam go przez lata przy sobie w portfelu. Dopiero później, znacznie później, dowiedziałam się, jak wiele kobiet, które utraciły matkę, trzymało przy sobie ten sam wycinek z gazety i jak wiele z nich, tak samo jak ja, poczuło się wówczas tak, jakby nagle ktoś znalazł sekretną furtkę do ich najskrytszych myśli.

Dla mnie takim wycinkiem z gazety, który dał mi pierwszy raz w życiu wgląd w tę ziejącą, ciemną głębię niezrozumiałego smutku, jest właśnie książka, którą Hope Edelman napisała, by opowiedzieć o swoim doświadczeniu straty. Nie da się jej wprawdzie nosić w portfelu, ale nawet, gdy nie mam jej obok fizycznie, istnienie tej książki i wszystkie opowieści o córkach, które zostały bez matki, w niej zawarte, są dla mnie jak podręczna latarka.

 

 

Lektura Córek, które zostały bez matki po błyskawicznym pochłonięciu pierwszych kilkudziesięciu stron, okazała się niemożliwie bolesna. Była rozdrapywaniem ran, ponownym łamaniem i rozbijaniem tego, co się we mnie roztrzaskało wraz ze śmiercią mojej mamy i przez prawie trzydzieści lat jakoś posklejało, zrosło. Stanęłam w obliczu nigdy wcześniej w pełni nieprzeżytej żałoby i początkowo nie chciałam jej przyjąć. Wydawało mi się czymś niepoważnym, nieracjonalnym opłakiwanie straty mamy po takim czasie. Zwłaszcza, że, jak to zawsze słyszałam, a potem też sama powtarzałam „wszystko się dobrze ułożyło” i „miałam szczęście w nieszczęściu” czyli Drugą Mamę. Przeżywanie żalu z powodu utraty Pierwszej Mamy wydawało mi się wręcz brakiem wdzięczności wobec Drugiej.  Musiałam sobie to wszystko opowiedzieć i ponazywać na nowo. Gdy wróciłam po przerwie do czytania książki Hope, byłam już gotowa przyjąć do wiadomości, że

żałoba córki po śmierci matki nigdy nie kończy się definitywnie. Kobiety pozbawione matki zawsze intuicyjnie to wiedziały, ale w 1994 roku nie był to pogląd powszechnie akceptowany. Wciąż uważano wówczas, że żałoba powinna przebiegać określonymi, przewidywalnymi torami, a jeśli tak nie jest, to znaczy, że przebiega źle. Żałoba była (i nierzadko nadal bywa) traktowana jak etap, przez który należy przejść; jak stan podobny do choroby, który trzeba przezwyciężyć, a nie jako trwający całe życie proces przystosowywania się i akceptacji. To, że żałoba może przebiegać w cyklach, chaotycznie i nieprzewidywalnie, było dla ludzi, którzy jej nie doświadczyli, zupełną nowością.

Uznanie swojej straty i pozwolenie sobie na przeżycie żałoby, nawet wiele lat później, a do tego gotowość przyjęcia fali żalu, gdy po pewnym czasie znów nadejdzie, były dla mnie uzdrawiające i uwalniające. Książka Hope Edelman natomiast sprawiła, że przestałam czuć się osamotniona, jedyna i niezrozumiana w moim doświadczeniu. Jestem jedną z córek, które zostały bez matki i już na zawsze to będzie część prawdy o mnie.  Zaakceptowałam to, odważyłam się o tym mówić i wtedy też zaczęłam spotykać inne osierocone córki. Nagle okazało się, że jest ich- nas!- bardzo wiele, ale nie znamy się. Ale wystarczy otwartość jednej, by otwierały się inne. Zdecydowałam zatem, że będę otwarta na rozmowy o śmierci mojej mamy, o żałobie, o poczuciu straty i krzywdy, o lękach, które w sobie noszę, o tym, jak mimo wszystko wybieram, żeby żyć odważnie i szczęśliwie. W procesie żałoby dbałam o siebie przez praktykowanie twórczości, przez pisanie i znów przez czytanie różnych kobiecych opowieści. To mnie wspierało. Tak właśnie zaczęła się moja droga do projektu „Mama i Córka- Twórcze w relacji”.

 

 

W tym poście chciałam pokazać Ci książkę, która w pewnym sensie odmieniła moje życie, a na pewno skłoniła do uważnego pochylenia się nad najtrudniejszym rozdziałem mojej historii. Chciałabym ją polecić do przeczytania każdej z Was, z którymi dzielę doświadczenie „zostania bez matki” (nie tylko z powodu osierocenia). Niestety nakład książki wyczerpał się już dawno, nie da się jej już nigdzie kupić. Sprawdzałam jej status w wydawnictwie, nie ma jej nigdzie „pod ladą”. Egzemplarz, który ja czytam to ten sam, który kilka lat temu znalazłam w bibliotece (wypożyczam go sobie co jakiś czas).  Może i Tobie uda się gdzieś ją wypożyczyć? Jeśli dasz mi znać, że chcesz, żebym o książce napisała więcej, streściła jej założenia i opisała własne wnioski z lektury, zrobię to po kawałeczku w kilku artykułach. Zostawiam na zachętę zdjęcia, na których możesz podejrzeć spis treści.

 

 

Rzucam w Niebo taki pomysł/marzenie, żeby tę książkę ponownie w Polsce wydano i deklaruję swoje dla niej wsparcie we wszelkich formach, może dotrze do Właściwej Osoby 🙂 Może taką osobę znasz i możesz jej to moje marzenie przedstawić? 🙂 A może to właśnie Ty nią jesteś?

 

 

Dostępna  jest za to druga książka autorki Matka, która nie miała matki.  Opowiem o niej wkrótce.

 

 

Tymczasem polecam Twojej uwadze profil Hope Edelman na Instagramie i inne jej miejsca w sieci. To, co robi Hope  za oceanem, ruch Motherless Daughters, który zainicjowała jest dla mnie ogromną inspiracją do pracy z tematem przemiany straty w bogactwo. Widzę, jak daleko nam jeszcze w Polsce do takiej otwartości w mówieniu o żałobie, tęsknocie za utraconymi ukochanymi, jak trudno uzyskać wsparcie i zrozumienie bez oceny. Chcę, żeby projekt „Mama i Córka- Twórcze w relacji” dawał kobietom bezpieczną przestrzeń, w której mogą dotykać także tych tematów. To projekt przede wszystkim o Życiu, pielęgnowaniu relacji, opowieściach,  twórczości i kobiecości, ale strata jest ich nieodłącznym elementem i wierzę, że potrzebujemy o tym mówić, pisać, malować. 

 

Dziękuję za lekturę tego artykułu. Jeśli uważasz, że jest wartościowy i może zainteresować bliskie Ci kobiety, proszę, podziel się linkiem do niego w mailu, przez SMS lub w swoich mediach społecznościowych. Możesz udostępnić ten post z  profilu @tworczewrelacji w swojej relacji na Instagramie lub w wiadomości prywatnej.

Jeśli jeszcze nie jesteś zapisana na Listę Oczekujących na wieści o projekcie „Mama i Córka- Twórcze w relacji” zapraszam Cię serdecznie do dołączenia TUTAJ 🙂

Pozdrawiam Cię serdecznie

Agnieszka

* Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty, Hope Edelman, Wydawnictwo JK, Feeria, 2011

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *